Na miejscu nowego obozowiska byliśmy wcześnie. Droga tam nie zajęła nam zbyt dużo. Nie licząc paru przystanków bo młodziki były zmęczone. Okolica była ładna. Z jednej strony las z drugiej rzeka... Popatrzyłam na niebo. Dziś zapowiadał się bardzo ładny dzień... Mimo jasieni... Słońce ogrzewało moje chrapy. Lubiłam słońce... Może to jest spowodowane moim żywiołem? Tego raczej prędko się nie dowiem. Z lekkim uśmiechem podeszłam do wyznaczonego przed chwilą miejsca na namioty.
Sprawnie rozłożyłam swój przenośny dom. Poukładałam wszystkie potrzebne rzeczy na miejsca, rozłożyłam przenośny materac... A raczej materacopodobne coś i poszłam rozglądnąć się po okolicy. Obok naszego obozowiska płynęła jedna z odnóg rzeki Camino. Podeszłam na kamienisty brzeg. Odłamki skał przetaczały się pod moimi kopytami. Popatrzyłam na swoje odbicie w toni. Nic innego, przed moją zmianą na staży, nie pozostawiało mi do roboty. Chciałam jak najszybciej poznać wszelkie zakamarki tego miejsca.... A raczej kryjówki, do których będę mogła się udać jak nie będę chciała z nikim spotkać.
W pewnej chwili poczułam na sobie czyjś wzrok. Za mną pojawił się mój "szef"...
- Arco... Może pomogła byś... - nie zdążył dokończyć bo obdarzyłam go morderczym spojrzeniem
- Sam sobie zespół wybierałeś... To teraz masz za swoje - niebezpieczne zbliżyłam się do niego
Nie umiem panować nad gniewem... Nie umiem panować nad sobą...
- Dobra... Uspokój się... - z widocznym strachem w oczach zrobił parę kroków w tył
- Jestem spokojna - powiedziałam z wielkim uśmiechem i odeszłam w stronę lasu
Popatrzyłam na drzewa... Nie chciałam już dłużej przebywać w towarzystwie mojego małego, strażniczego stada. Od źrebaka mam problemy ze sobą... Wiem o tym... Jestem tego w pełny świadoma. Zawsze kiedy mam takie ataki idę o gdzieś daleko...
- Dlaczego taka jestem? - zapytałam sama siebie siadając na środku jakiejś jaskini
Czasami naprawdę nie rozumiałam mojego zachowania. Mimo, że na zewnątrz byłam taka... To w środku cały czas myślałam co robię źle i co się ze mną dzieje... To zaczynało mnie przerastać...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arco Iris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arco Iris. Pokaż wszystkie posty
15.10.2017
11.10.2017
Od Arco Iris
Moja kolej na obserwowanie krańca naszego terytorium nastała wraz z kończącą się już nocą. Lekko zaspana wstałam, żeby zastąpić wcześniejszego strażnika. Chłodny wiatr od razu zwrócił moją uwagę po wyjściu z ciepłego namiotu. Tak właśnie zaczęła sie jesień... Po jesieni nastanie zima... Po zimie, lato. Po lecie, wiosna... I tak w kółko przez tysiące lat...
Przechadzałam się jak co dzień po granicy terytorium naszego stada. Cały poranek nic się nie działo. Nie licząc paru stad dzikiej zwierzyny przemykającej nieopodal. Po skończonej zmianie szybkim krokiem skierowałam się do małego obozu strażniczego... Tam czmychnęłam czym prędzej do mojego namiotu by napisać krótki raport odnośnie rzeczy dziejących się na granicach. Spokojnie zaczęłam składać zdanie do zdania by miało to jakikolwiek sens i nie było, żadnych niewiadomych i niepotrzebnych pytań. Kończyłam właśnie opisywać ostatnie stado leśnych stworzeń, które przemykało przez granicę
- Arco... Czekamy na raport od ciebie... - do mojej siedziby wszedł jeden z przełożonych
- Yhm... Nie widzisz, że właśnie go pisze - popatrzyłam na niego z nad pergaminu
- Ma być gotowy za dziesięć minut...
Parsknęłam... Nie chciało mi się spieszyć z papierkową robotą. Zwiększyłam tępo pisania. Kolejne spotkanie z moim tak jak gdyby szefem nie byłoby przyjemne. Dziś planowaliśmy przenieść się bardziej na wschód naszej granicy, dlatego też pospieszano nas odnośnie raportów.
Bez słowa położyłam zwój na biurku po czym bez najmniejszego szelestu wyszłam z namiotu. Nastał czas na pakowanie manatek i przeniesienie obozu. Nie był on duży. Każda straż graniczna składała się z około czterech lub pięciu koni w tym jednego ważniejszego wybieranego przez przwódce stada. Zabrałam się za pakowanie swoich rzeczy do torby. Jako strażniczka nauczyłam się nie brać ze sobą całego domu lecz tylko te najpotrzebniejsze rzeszy i nosić je ze sobą przy przenoszeniu obozowisk. Wyszłam z namiotu i zabrałam się za składanie go. Lata praktyki jak to wykonać sprawiły, że nie zajęło mi to za dużo czasu. Denerwowało mnie natomiast to, że do mojej straży przydzielono młodych a tych, z którymi "pracowałam" dłużej przeniesiono na północ. Bez słowa przyglądałam się jak młodziki męczyły się z namiotami.
- Może byś pomogła a nie patrzyła się - powiedział przełożony stając obok mnie
- Jak taki jesteś mądry to sam im pomóż - popatrzyłam mu w oczy i odeszłam jak najdalej od tego wszystkiego
- Ja naprawde nie wiem jak z tobą wytrzymuje - usłyszałam za sobą
Olałam go i szłam dalej na granice. Co jakiś czas zerkałam czy aby napewno się już nie zbieramy do wymarszu.
Ostatni raz spojrzałam na miejsce, e którym jeszcze przed godziną stało stare obozowisko. Dość długo tu stacjonowaliśmy i szczerze mówiąc przyzwyczaiłam się już do tego miejsca. Teraz czekała nas dość długa wyprawa na wschód.
(I koniec... Nikt odpisywać nie musi, no chyba, że chce XD)
Przechadzałam się jak co dzień po granicy terytorium naszego stada. Cały poranek nic się nie działo. Nie licząc paru stad dzikiej zwierzyny przemykającej nieopodal. Po skończonej zmianie szybkim krokiem skierowałam się do małego obozu strażniczego... Tam czmychnęłam czym prędzej do mojego namiotu by napisać krótki raport odnośnie rzeczy dziejących się na granicach. Spokojnie zaczęłam składać zdanie do zdania by miało to jakikolwiek sens i nie było, żadnych niewiadomych i niepotrzebnych pytań. Kończyłam właśnie opisywać ostatnie stado leśnych stworzeń, które przemykało przez granicę
- Arco... Czekamy na raport od ciebie... - do mojej siedziby wszedł jeden z przełożonych
- Yhm... Nie widzisz, że właśnie go pisze - popatrzyłam na niego z nad pergaminu
- Ma być gotowy za dziesięć minut...
Parsknęłam... Nie chciało mi się spieszyć z papierkową robotą. Zwiększyłam tępo pisania. Kolejne spotkanie z moim tak jak gdyby szefem nie byłoby przyjemne. Dziś planowaliśmy przenieść się bardziej na wschód naszej granicy, dlatego też pospieszano nas odnośnie raportów.
Bez słowa położyłam zwój na biurku po czym bez najmniejszego szelestu wyszłam z namiotu. Nastał czas na pakowanie manatek i przeniesienie obozu. Nie był on duży. Każda straż graniczna składała się z około czterech lub pięciu koni w tym jednego ważniejszego wybieranego przez przwódce stada. Zabrałam się za pakowanie swoich rzeczy do torby. Jako strażniczka nauczyłam się nie brać ze sobą całego domu lecz tylko te najpotrzebniejsze rzeszy i nosić je ze sobą przy przenoszeniu obozowisk. Wyszłam z namiotu i zabrałam się za składanie go. Lata praktyki jak to wykonać sprawiły, że nie zajęło mi to za dużo czasu. Denerwowało mnie natomiast to, że do mojej straży przydzielono młodych a tych, z którymi "pracowałam" dłużej przeniesiono na północ. Bez słowa przyglądałam się jak młodziki męczyły się z namiotami.
- Może byś pomogła a nie patrzyła się - powiedział przełożony stając obok mnie
- Jak taki jesteś mądry to sam im pomóż - popatrzyłam mu w oczy i odeszłam jak najdalej od tego wszystkiego
- Ja naprawde nie wiem jak z tobą wytrzymuje - usłyszałam za sobą
Olałam go i szłam dalej na granice. Co jakiś czas zerkałam czy aby napewno się już nie zbieramy do wymarszu.
Ostatni raz spojrzałam na miejsce, e którym jeszcze przed godziną stało stare obozowisko. Dość długo tu stacjonowaliśmy i szczerze mówiąc przyzwyczaiłam się już do tego miejsca. Teraz czekała nas dość długa wyprawa na wschód.
(I koniec... Nikt odpisywać nie musi, no chyba, że chce XD)
Subskrybuj:
Posty (Atom)