Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EventTzD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EventTzD. Pokaż wszystkie posty

15.11.2017

Od Jagódki CD. Adamirenda

Warknęłam ze złości i również użyłam ponadprzeciętnej prędkości, aby jak najszybciej dogonić ogiera... Miałam chyba jeszcze jakieś szanse, no nie? Muszę go jak najszybciej znaleźć. A najlepiej będzie, jeśli polecę za nim, bo z tego co zauważyłam to on używa głównie kopyt nie skrzydeł... Ale ja użyję właśnie skrzydeł!
***
Nie miałam zamiaru się męczyć. Powoli wyczuwałam obecność Adamirenda... O nie... On...On szuka pewnie kolejnego Artefaktu... No nie... Po prostu świetnie! Pewnie już znalazł Łzę Cerbera! Lub... Może jej jeszcze nie znalazł, i będę miała szansę mu w tym przeszkodzić...
- No jasne! - zaśmiałam się i zaczęłam się kierować w stronę Fuego, gdzie tam już zapewne był i szukał tego niesamowicie pięknego kryształu. Już zaraz miałam tam być, kiedy nagle pojawił się przede mną on... Ten ogier, który jest w prawdzie duchem, ale już wkrótce może być nawet żywym.
- Czego tu szukasz, cwaniaro? - mruknął do mnie a ja tylko prychnęłam ze złością.
- Szukałam jakichś kamieni szlachetnych... Minerałów... Widziałam tu nie dawno Amulet z pięknym diamentem, więc po niego tu właśnie przyszłam... - uśmiechnęłam się i odsunęłam szybko na bok ogiera, po czym odleciałam, aby na niby szukać tego amuletu. Adamirend, jak widać - miał co do mnie podejrzenia, lecz całkowicie nie potrzebne. Myślałam, że szybciej się domyśli, że wcale nie szukam amuletu z diamentem, lecz właśnie jego szukałam i znalazłam, a teraz będę go ciągle śledzić, choćbym nie wiem co.
- Myślałem, że własnie mnie szukałaś. - powiedział. - I mnie znalazłaś. Proszę, proszę... Jesteś spostrzegawcza... I to bardzo. - dodał. Nagle... Poczułam ostry ból na kończynie tylnej. Zdążyłam się zorientować, że była to strzała, przez którą... Stałam się przeźroczysta. I... Nie mogę już za bardzo śledzić ogiera, ponieważ moje moce osłabły...

Adamirend?

14.11.2017

Od Adamirenda CD. Jagódki

Zdążyła się już uwolnić od mego zaklęcia. Rzeczywiście, ma moc nocy, tak jak podejrzewałem. Chociaż... Miałem co do tego podejrzenia wątpliwości. Była podobna do koni z żywiołem wody lub ognia, a nie nocy... Lecz można było się szybko zorientować. Konie z żywiołu nocy są zawsze podejrzliwe, uparte i waleczne. No... Może się zdarzają wyjątki, że są tchórzami, lecz mam nadzieję, że za wielu takich nie ma, ponieważ zazwyczaj przynoszą nam, starszym i doświadczonym wstyd. Przypomniały mi się nawet czasy, kiedy wszyscy z żywiołu nocy pomagali sobie nawzajem... Nagle poczułem, że budzi się we mnie dobra energia... Która była tylko iskierką, która mogła w każdej chwili zgasnąć, lub świecić coraz mocniej, dzięki czemu stałbym się znów dobry... Nie wiem, czy da się mnie jeszcze zmienić, lecz na początek chciałbym się zająć Artefaktami. Najpierw obowiązki, później przyjemności, czyli... Robienie tego, co od zawsze chciałem, lub... Stawanie się dobrym. 
- Czego tu szukasz, mój drogi ogierku, szukający zapewne jakiś robaków w bagnach...? - zapytała oschłym tonem klacz. Eh... Niestety. Klacze potrafią być okrutne, lecz nie tylko one - płeć brzydsza potrafi dokładnie to samo, może nawet lepiej...
- Robaki mi się niestety przejadły... A ty, czemu ciągle za mną podążasz, moja mała, słodka klaczko? - odpowiedziałem, ale i zarazem odpowiedziałem klaczy równie oschłym tonem, jak ona.
- Brakuje mi towarzyszy, ty malutki z góry jak mrówka ogierze... - uśmiechnęła się przekornie i powoli wyciągała broń... Zakłopotany, odwróciłem od niej wzrok i po kilku kolejnych minutach poszukiwań, odnalazłem to, co do mnie od teraz będzie należeć. Był to... Pierścień Morte! Szybko go ukryłem w swojej torbie i odwróciłem wzrok w stronę klaczy, której już niestety nie było. Nagle poczułem ostry ból na grzbiecie.
- Nieźle, nieźle, tylko powinnaś trochę popracować nad swoją techniką... - mruknąłem a klacz się tylko zaśmiała, tyle że grubszym głosem zdenerwowanej samicy. 
- Popracuję nad nią kiedy będę miała czas... - zaczęła szykować kolejną strzałę, lecz ja tylko westchnąłem, pokazując jej, że nie robi to na mnie wrażenia. Użyłem wrodzoną u mnie ponadprzeciętną szybkość i natychmiastowo uciekłem klaczy z zasięgu wzroku. Zdobyłem Pierścień Morte, a teraz muszę się wybierać po Łzę Cerbera. Czyli będę musiał się wybrać do... Fuego! Dokładnie pamiętam, gdzie on się znajduje i jak wygląda. Uśmiechnąłem się do siebie i zacząłem biec. Nareszcie zgubiłem tą dosyć upartą klacz, lecz wiem, że ona zaraz może mnie dogonić, nawet, jeśli mam od niej kilkanaście kilometrów przewagi...

Jagódka?

Od Jagódki CD. Adamirenda

Moje oczy automatycznie się zamknęły. Nagle czułam, że przenoszę się gdzieś indziej... Do innego wymiaru. Do... Wymiaru snów. Nie, nie! Nie mogę tam być! No świetnie... Ten koń ma taką samą moc jak ja. Muszę coś temu zaradzić... Wyczarowałam czarną dziurę, która była moim portalem. Mogłam się przemieszczać w snach w dwie strony - do snu, gdzie chcę zasnąć, lub do "pobudki", gdzie chcę się natychmiastowo obudzić. Wybrałam to drugie. Szybko otworzyłam oczy. Było jeszcze ciemno. Leżałam na ziemi. Byłam.... Sama.
- Świetnie... - mruknęłam zdenerwowana i wstałam z leśnego runa, aby otrzepać się z ziemi i błota, które mnie niestety ubrudziło. - Jeszcze mi za to zapłacisz... - moje oczy błysnęły światłem. Potem zgasły. Nagle zaczęły krążyć w mojej głowie dwa, dziwne na razie pytania. Pierwsze z nich brzmiało: Czemu, kiedy się denerwuję moje oczy świecą? A drugie brzmiało tak: Czy Adamirend jest duchem, który chce ponownie wrócić do świata żywych? Na pierwsze pytanie potrafiłam odpowiedzieć, ale na drugie już nie... Zachowywał się całkiem jak normalny koń, ale musiał coś przede mną ukrywać... I wiedział, że chce się tego dowiedzieć, więc pewnie dlatego mnie uśpił, aby uciec.
- Muszę go znaleźć... Mógł już daleko zajść... - jęknęłam i wzniosłam się w powietrze, aby rozejrzeć się po terenie.
***
Bagna. Właśnie tam ponownie spotkałam ogiera, który czegoś tutaj szukał... Pierścień Morte! Czemu wcześniej na to nie wpadłam... Muszę mu jakoś przeszkodzić. Nie mogę pozwolić  na odnalezienie wszystkich Artefaktów. Duchom nigdy nie należy ufać. Mogą one się zemścić nad wszystkimi stworzeniami z Nivy, co może się skończyć również rewolucją. Co poniektóre duchy mają pewnie ogromną moc, którą mogą wykorzystać na nasze zniszczenie, a co gorsze - zniszczenie wymiaru... Stop! Muszę przecież coś zrobić, nie mogę rozmyślać na razie o najgorszym. Muszę na razie go odciągnąć od swojej misji. Może da się coś zrobić... Och, czyżby wróg mnie zauważył?

Adamirend?

6.11.2017

Od Ax'a

Zwisałem głową w dół z jakiegoś, nieistotnego dla ekosystemu tej planety, drzewa.  Przyglądałem się, jak jedna z cielesnych zjaw chodziła w kółko po lesie, wydeptując już całkiem niezły okrąg w ziemi. Moje ślepia podążały w te i z powrotem za jej krokami. Nuda. Poczułem nieodpartą ochotę wypróbowania moich mocy na teoretycznie martwej istocie.  Właściwie, to chętnie zrobiłbym to, także  z resztą nowych przybyszów. Wchodzą w kontakty z żywymi, panoszą się po terenach, jakby nigdy nie zostali z nich wypędzeni. Ktoś musi coś z tym zrobić... Uśmiechnąłem się mimowolnie i w tym samym momencie pojawiłem się w Górach Smoczych.  Było naprawdę jasno. Świeży śnieg odbijał promienie słońca, rażąc w oczy. Grota, której szukałem, była na samym szczycie wysokiego wniesienia. Zapragnąłem tam polecieć, tak jak za dawnych lat. Jednak zostałem brutalnie przywrócony do swojego codziennego stanu, bezkresnej rozpaczy, gdy tylko spróbowałem poruszyć moimi skrzydłami. Haha. Chyba jest ze mną coraz gorzej. Jak mogłem zapomnieć, że już nie potrafię wznieść się ponad ziemię w materialnej formie. Złote pręty wbijają się głęboko w moją skórę, przygwożdżając do ciała parę skrzydeł. Po chwili śnieg obok mnie, stał się czerwony. Wciąż krwawię. Niestarannie zawiązane bandaże przepuszczają całe litry bordowej cieczy. Właśnie dlatego, nie mogę zbyt długo przebywać na Ziemi, jako istota należąca do świata doczesnego. Jestem zbyt słaby w tej postaci i kilka chwil wystarczy, aby wyciekło ze mnie całe życie. Rozpadam się. Szybko przybrałem formę czarnego dymu. Niczym para wodna, ulotniłem się, aż do wnętrza jaskini. Było niespodziewanie jasno, za sprawą pochodni, powieszonych po obu stronach korytarza, wydrążonego w skale. Płonęły wiecznym, błękitnym płomieniem. Znak bogów.
 - Jeszcze nie czas to, odejdź proszę, w pokoju. – Usłyszałem głos jednego z członków Panteonu. Na końcu tunelu stało jaśniejące światłem bóstwo. Od razu rozpoznałem wielkie, półprzeźroczyste skrzydła, składające się z drobinek powietrza, śniegu, chmur i mgły. Aire? No tak, jak zwykle wysłali najsłabszego spośród siebie do brudnej roboty.
 - Nie ma już pokoju między mną, a bogami. Zabieram tarczę – powiedziałem, a mój głos odbił się echem po pustym tunelu. Tak. Przyszedłem tu po Tarcza Zao Nazar'a. Chcę zdobyć ją, a potem widzieć rozpacz w oczach dusz, które były już tak blisko swego celu, zdobywając pozostałe trzy artefakty. Rzecz jasna, nigdy nie użyłbym ich na sobie, kto wie, co mogłoby się wtedy stać… Po prostu chcę ją mieć. Mieć coś, od czego zależy czyjeś życie.
 - Nie myśl, że daruję ci to bluźnierstwo. – Bóg w ułamku sekundy zmienił postać, formując swego ducha na kształt świetlistej strzały. Natarł na mnie z zawrotną szybkością. Pewny siebie, jak oni wszyscy. Zresztą, nie bez powodu. Nie mam nawet prawa się z nim mierzyć. Jednak, czy to znaczy, że nie spróbuję? Nie. W ostatniej chwili ulotniłem się, unikając zabójczego dla mnie, boskiego światła. Nie załatwię tego samą obroną. Muszę coś wymyślić. Nagle nowy pomysł raził mnie jak grom z jasnego nieba. Potem wszystko działo się zbyt szybko. Ogień. Błękit zmienił się w czerwień. W tym samym momencie, już stałem przy tarczy, położonej na skalnym podeście. Po jego drugiej stronie pojawił się Aire. W jego oczach szalało tornado. Tak, jakby miał w nich zwierciadło swojej duszy.
 - Ostende te – wypowiedział zaklęcie. Chwilę potem, zorientowałem się, co chciał osiągnąć. Skrzywił się nieznacznie na mój widok. Byłem w materialnej postaci. Z niezakrzepłych ran kapała w coraz szybszym tempie ciemna ciecz. Nie mogłem się ruszyć. Poczułem duszący zapach siarki i zgnilizny. Byłem jak truchło, gnijące od środka. Z mojej łopatki oderwał się całkiem spory płat skóry. Poczułem jak po chrapach pełzają mi larwy i inne robactwo. Cały pysk piekł od poparzeń, z niego również zaczęło coś wyciekać, coś jak ropa. Mogłem sobie tylko wyobrazić, jak strasznie musiałem w tym momencie wyglądać. Machnąłem łbem, aby odgarnąć z oczu brudną, skołtunioną grzywę.
 - Coś się stało? Wielki bóg poczuł obrzydzenie? – wycharczałem, a z mojego pyska bryzgnęła kolejna porcja krwi. Z szyi oderwał się skrawek zepsutej skóry, a z rany wypełzło jeszcze więcej robactwa, które wydrążyło w moim ciele już niezliczoną liczbę tuneli i korytarzy. Wszystkie bandaże, tylko lekko zawiązane, opadły na ziemię, a ze złotych prętów wbitych w skórę, zaczął wypływać strumień ropy.
 - Nie pozwolę, by tak żałosne stworzenie sprzeciwiało się wszechmogącym bogom – zadeklarował z zawziętością. Tak. Na to właśnie liczyłem. Nienawiść ogłupia i zdejmuje wszelkie blokady umysłowe. Nawet, jeśli jesteś bogiem. Złudzenie. Tylko złudzenie może mnie uratować. W całym korytarzu zawiał porywisty wiatr, był tak silny, że dosłownie zdmuchnął mnie i powalił na ziemię. Uderzyłem z impetem o skałę i poczułem, że z głowy wypływa mi nowy strumyczek mokrej, nieco lepkiej cieczy. Zobaczyłem, jak zaraz obok Aire miota się na wszystkie strony, gdy otaczają go burzowe chmury i tornada, i sztormy. Prosta technika. Pokazujesz mordercy ile zła wyrządził, rozkazujesz mu słyszeć krzyk swoich ofiar, każesz patrzeć na śmierć, od której odwracał się przez wieki. Gdy jesteś tak wysoko postawioną istotą, zabijasz wiele, tak wiele, że zapominasz o tym, jak wielkim cierpieniem jest śmierć. Szybko przybrałem postać cienia z błyszczącymi w ciemności, czerwonymi ślepiami. Powoli podniosłem się z ziemi i przyciągnąłem do siebie tarcze, która posłusznie znalazła się u mojego boku. Chwilę później, pojawiłem się przy wyjściu.
 - Nie myśl, że następnym razem dostąpisz naszej łaski - usłyszałem głos Aire. Zaśmiałem się krótko.
 - Nigdy o nią nie prosiłem - rzuciłem i rozpłynąłem się w pierwszym podmuchu górskiego wiatru.

5.11.2017

Od Herli Cd. Bandida ( poprawione )

Już jestem trochę na tej zapchlonej Nivie. Prawie nic tu się nie zmieniło, co mnie odrobinę zaskoczyło. Zaczęłam życie niefortunnie trafiając na Steel'a, lecz życie toczy się dalej. Myślałam, że nie pobędę tutaj dłużej niż 7 księżyców, ale widać nawet ja się mylę. Drzewa powoli robią się coraz bardziej zimne, bezlistne i zastygają. Ostatnie październikowe liście kruszyły mi się pod kopytami. Tak na prawdę nie miałam ochoty szukać artefaktów, ale wtedy mogłabym gnębić mieszkańców Nivy przez całe moje życie. Ta myśl nie dawała mi spokoju, nie wiedziałam jaką decyzję podjąć. Lecz klamka zapadła niedługo potem. Szukam artefaktów.
~~~~~~~~~~~~~
Postanowiłam iść na bagna. Tam podobno jest ukryty jeden artefakt. Jak mu tam? A tak... Pierścień Morte.  Patrzyłam w niebo myśląc, czy inne duchy z zaświatów też stąpają na ziemi. Byłam w górach, więc było dość chłodno. Ta temperatura idealnie nadawała się do myślenia o tych tematach. Po dość długiej wędrówce udało mi się dotrzeć do celu.
Drzewa rosły tam - a i owszem. Jakby ktoś układał je w pośpiechu. Zwisały z nich mokre liany, które miały kolor brązowy - zapewne od błota. Zanim zdecydowałam się na pierwszy krok, poważnie przemyślałam całą sytuację. Czy na pewno chcę pakować się w bagna z których być może nie wyjdę? Umrzeć ponownie? Nie, nie da rady. A więc ruszyłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po kilku godzinach wędrowania po zimnych, i czasem ciepłych bagnach, błotach i innych dziurach miałam dość. Tyle czasu zmarnowanego na jeden mały pierścionek. Nie mogli go... Dać na start? Choć wszyscy wiemy że nigdy żaden z koni który mieszka na Nivie pomógłby duchowi z zaświatów pomóc tu zostać.
Bolały mnie nogi, które i tak miałam pobrudzone po łopatki. Pot ciekł mi po czole, i coraz trudniej było iść naprzód. Ale mimo że coraz wolniej, i z większym zmęczeniem brnęłam dalej. Ni stąd - ni zowąd zobaczyłam grubsze, zupełnie czarne drzewo. Wołało do mnie:
- Choć tu, tu jest to czego szukasz...
O nie. Umysłowe... "Fatamorgany". Zmęczenie daje za swoje. Ominęłam drzewo szerokim łukiem. Nagle zza większej kępy roślinności wyłonił się niesamowity potwór. Ryknął na mnie, i zaszarżował. Był gotów do ataku.
Moje szczęście jest nam dobrze znane, i oczywiście potwór zaatakował wtedy, gdy kompletnie nie miałam sił walczyć.
A zgadnijcie, co miał na piątym palcu?
Pierścień Morte!
Byłam zirytowana. Czy coś jeszcze może mi się przytrafić?
Tak. Miałam rację. Jakiś koń zbliżał się do mnie.
- Kim jesteś? -warknęła ostrzegawczo, gdy dotarła do mnie. Chba poznała że jestem duchem z dawnej Nivy, i chyba miała dość takich gości.
- Nie czas na pogaduszki - syknęłam, i spróbowałam zaatakować monstum.
Celnie traliłam moim mieczem w dłoń napastnika, przez co pierścień spadł z jego dłoni. Podbiegłam po niego, i udało mi się go zdobyć.
O dziwo, potwór uciekł. Przy mie zaraz była znajoma klacz....
Do nas dołączyły inne... Duchy z zaświatów. Natychmiast rzuciły się na mnie, zapewne też chciały zdobyć pierścień Morte.




< Bandida? >

1.11.2017

Od Adamirenda CD. Jagódki

Czułem, że klacz mnie śledzi. Nadal. Nie dość, że poznała me imię to jeszcze będzie mnie śledzić? Nie.
- Jak tam na górze idzie Ci śledzenie mnie? - zapytałem a klacz do mnie podleciała.
- Całkiem dobrze, lecz żałuję, że nie potrafię być niewidzialna. - mruknęła i w ogóle nie patrzyła się na mnie, lecz na księżyc. Westchnąłem cicho. Bałem się, że już niedługo wszyscy się dowiedzą o tym, że jestem duchem i że... Mam zamiar odnaleźć Artefakty. Nie chciałem, aby tak szybko się wszyscy o tym dowiedzieli. Klacz najwyraźniej chciała się dowiedzieć już teraz, lecz ja nie miałem takiego zamiaru jej mówić. Nagle przyszedł mi do głowy pomysł... Ona błagała mnie o imię... To teraz wybłagam ją! Ciekaw jestem, jaką ma moc.
- Jakie masz moce, moja droga? - zapytałem i spojrzałem na nią poważnym wzrokiem.
- Jakieś. -  prychnęła klacz a ja się tylko zaśmiałem.
- Jakieś? Nie wiedziałem, że istnieją takie moce... - odparłem. Klacz jednak okazała się być nie ufna, bo można było zauważyć już od samego początku. Chciała zapewne bronić stada przed duchami takimi jak ja i wieloma innymi wrogami. Niestety, ja zaliczałem się do tych wrogów. Klacz była piękna, widać, że miała doświadczenie co do łucznictwa i walk, lecz nie odzywałem się w tej sprawie. Ja w dalszym ciągu galopowałem w stronę bagien. Miałem nadzieję, że klacz odpuści, lecz... Nie tak prędko. Ona tak szybko mi nie odpuści... Uparta jest.... I to bardzo. Wkrótce sobie powinna odpuścić, kiedy jej wątpliwości co do tego, że jestem duchem znikną. Owszem, jestem duchem, który znów chce być żywy, ale na razie nikt nie musi tego wiedzieć, prawda? To by było raczej głupie z mojej strony, bo zaraz ponownie by mnie zamknęli. Właśnie dlatego też wyczyściłem strony Księgi Upadłych Wojowników, czy jak to się zwało... Żeby mnie i innych wojowników, którzy są na razie w prawdzie duchami nikt nie rozpoznał. Najgorsze jest to, że ktoś wcześniej mógł przeczytać tą książkę... Więc oznacza to, że nie powinienem się pokazywać koniom pochodzącym z Nivy. Na pewno zainteresowały by się mną i moim pochodzeniem. Właśnie nastąpił dalszy ciąg śledzenia mnie w bezsensowny sposób. Przecież ją widziałem, a śledzić się powinno z ukrycia, a prawdę mówiąc - śledzenie to nie jej robota. Śledzeniem zajmują się szpiedzy, którzy właśnie teraz mogli mnie i ją obserwować. A jeśli... Ona była szpiegiem? Nie... To raczej nie możliwe. Przecież każdy mądry szpieg chodził do szkoły szpiegowskiej, w której uczył się podstaw szpiegowania. Jedną z tych podstaw było śledzenie z ukrycia... Nie. Ona nie była szpiegiem. Ona raczej nie jest na tyle głupia, żeby być szpiegiem i właśnie w taki sposób szpiegować podejrzanych. I właśnie tym podejrzanym jestem ja. Ona jest raczej łuczniczką, lub ewentualnie wojowniczką. Ogółem na pewno należy do wojska i walczy na wojnach. To jest pewne. Widać to po niej i po jej zachowaniu.
- Możesz sobie to "szpiegowanie" odpuścić? Jest to bardzo żenujące... - mruknąłem, spoglądając na klacz, która była właśnie na górze i latała nade mną.
- Nie tak prędko... - prychnęła.
- Śledzenie zajmują się szpiedzy. Dobranoc. - powiedziałem i uśpiłem klacz za pomocą Czarnego Koszmaru, który był mą mocą. Uśpiłem ją. Nie śnił jej się koszmar, lecz zwykły sen, z którego się chyba szybko obudzi, bo coś czuję, że ma żywioł nocy i potrafi kontrolować swoje sny i innych...

Jagódka?

30.10.2017

Od Herli Cd Steel - "Nowy świat, trudne zwyczaje"

Zaświaty. A tak właściwe brak zaświatów. Bogowie popełnili błąd jeszcze raz Nas krzywdząc. Nie pozwolę, aby to tak zostało. Nagle, gdy wszystko pachniało i śpiewało monotonnią codzienności, wszystko zrobiło się krwistoczerwone. Nie... To nie może tak być... Tak! W końcu dopełnią się proroctwa! Wreszcie wyjdziemy z tej czarnej dziury. Nagle wszystko zaczęło się trząść. Drgało całe moje ciało, moje oczy zalśniły blaskiem. Miałam wizję wulkanu -wybuchającego. I potem okropny krzyk. Tak - to nasz krzyk. To odgłos śmierci i bólu. Zobaczyłam Nivę. Mimowolnie zaczęłam opadać na dół, jakby niesiona przez wiatr. Byłam duchem. Wokół siebie miałam świetlistą, czerwoną aurę. Myślałam że przelecę przez ziemię, i zabiorą mnie do piekła. A tu zdziwienie - nie dość, że zatrzymałam się na ziemi, to poczułam ją. Podeszłam do najbliższego drzewa, ale tylko się potłukłam. Materialność! Tak! O tym marzyłam! Rzuciłam się galopem w stronę lasu. Dobrze znałam te tereny. Nagle, zobaczyłam... Konia. I... Rozpoznałam w nim Steel'a. Wyrocznia w naszych czasach przepowiedziała przyszłego dowódcę, a nawet go namalowała. Koń chyba mnie nie zauważył, ale nie zamieżałam się przed nim kłaniać. To idealny zaś na atak! Steel skubał trawę, a ja zbliżyłam się. Wiatr zawiał w przeciwną stronę, więc schowałam się za drzewem, aby zdrajca nie poczuł mojego zapachu. Jednak podniósł dumnie łeb, węsząc zdradliwie. Jego rogi błysnęły w słońcu, przez co przez chwilę niczego nie widziałam.
- Kim jesteś? - spytał niepewnie.
- Koń zastanawia się, przyjaciel to czy wróg - zapewniam Cię, że napewno nie przyjaciel. - powiedziałam z zarośli.
- Kim jesteś?! - tym razem Steel wykrzyczał słowa.
- Jestem Twoim prześladowcą, bólem, strachem, i twoją śmiercią... - odpowiedziałam poczym z moich ust popłynęło słynne *buchachachacha*


< Steel? Przepraszam że tak późno i że krótko >

29.10.2017

Od Shoot'a - Cz. 1 "Nowe początki"

Zapisy starych ksiąg tyle o Nas mówią. Ale czy my chcemy się ujawnić? Jeden czyn, jeden gest i wszystko może zamienić się w pył. Kilka sekund, nieodpowiednich chwil i wszystko może się zawalić.


W końcu nadszedł ten dzień. Tyle wyczekiwany. Całe sto lat. Moje ciało począwszy od nasad kopyt po czubki uszu zaczęło nabierać ciężaru i stało się materialne. Przeszedł mnie jakże przyjemny dreszcz. Podekscytowanie? Emocje chyba wzięły górę. Jedna z moich mocy się ujawniła i od razu ziemia po moimi nogami została wypalona na wiór. Na całe szczęście przez najbliższe dni nie tylko ja będę pustoszył tę krainę. Rozejrzałem się dookoła i mlasnąłem kilka razy. Bywalcy tych terenów się zmienili. Czyli oznacza to, że nikt mnie tu nie zna. Nowy start? Ale i tak rozegram to jak za starego życia. Może nawet i lepiej. Czy w takim razie mogę używać swego starego imienia? King of Ravens? A moi starzy przyjaciele? Purpurowe, wręcz czarne, kruki? Ale równie dobrze mogę używać swojego drugiego mienia, którego używałem przez prawie siedemdziesiąt minionych lat. Rozejrzałem się dookoła. Natura jakby zaczęła lekko obumierać, a ja czułem ten zamęt i zaniepokojenie. To wisiało wręcz w powietrzu. Wiedziałem, że nie tylko ja "wróciłem do żywych". Były setki takich jak ja, ale tym się nie przejmowałem. W więzieniach, o dziwo, nie miałem za wielu problemów, a z innymi żyłem nawet dobrze. Przynajmniej mi się tak wydawało. Możliwe, że to były tylko pozory. W końcu to z nimi żyłem przez piętnaście lat w niewoli. Uniosłem powoli nogę. Coś strzeliło, ale zaraz znów poczułem grunt pod nogami i wypaliłem kolejny ślad. Tak noga za nogą. Zostawiałem ślady. Nie lubiłem tego robić. Na jakiś czas wolałem pozostać w ukryciu. Niby po coś tu jestem, ale jeszcze muszę dużo przemyśleć i się wszystkiemu dokładnie przyjrzeć. To jak w końcu? King of Ravens czy Shoot of Devil? Stare imię mogło o mnie coś zdradzić, a nowe, równie dumne, zapewniało mi nowy start. Mogłem tu znów zejść i podać się za nowego osobnika. Wątpię aby ktoś jeszcze żył z moich lat, a co dopiero rozpoznał. Wszedłem w gąszcz, bujny, w sumie to już nie, na pewno był kiedyś bujny. Teraz się przerzedził. Czy zejście duchów miało aż taki wpływ na florę? A co z fauną? Na pewno niedługo się przekonam na własnej skórze. Od razu też przypomniałem sobie o Artyfaktach. Chciałem je znaleźć jak najszybciej to było możliwe, ale inni, tacy jak ja, też nimi nie pogardzą. Muszę się szybko rozeznać, a potem zrobić resztę. Był środek dnia. Chyba. Szedłem bezszelestnie przed siebie. Jak na razie nie rzuciło mi się w oczy żadne żyjące stworzenie. Idąc, instynktownie, zupełnie nie wiem jak. Po prostu coś z tyłu mojej głowy prowadziło mnie i nie zastanawiałem się nad tym. Rozglądałem się dookoła. Uszy postawione, gotowe wychwycić najdrobniejszy szmer, oczy ciekawie spoglądające na świat, gotowe równie jak uszy. Umysł? Nie wiem jak z nim. Byłem w stanie logicznie i trzeźwo myśleć. Dalej byłem dumnym właścicielem dwóch, jakże okrutnych dla innych mocy, ale dawno nimi nie operowałem. Musiałbym na kimś spróbować. Przynajmniej manipulacji. Tereny, które kolejno mijałem, począwszy od rzeki i majaczące na horyzoncie wysokie góry, po polany i zagajniki. Te tereny. Niby znajome, takie same. Ugięły się i zmieniły. Inne, a jednak takie same. Co za ironia. Parsknąłem głośniej z dezaprobatą. Widocznie jakieś stworzenie zainteresowało się moją osobą, bo wybiegło mi i zatarasowało drogę. Jakby wyrosło z ziemi. Lekko zdziwiony zatrzymałem się i wbiłem intensywne spojrzenie swych bursztynowych oczu. Nigdy tu takowego stworzenia nie miałem okazji zobaczyć. Pewnie był z czasów obecnych. Tych, których smakowałem od niedawna. Chodząca pokraka nie wydawała się przyjemna i taka też nie była. Wredne i szczerzące się. Też umiem się szczerzyć i nie muszę się nawet specjalnie wysilać. Usłyszałem jakiś szmer, cichy skowyt?
Osobnik, który stał przede mną widocznie miał wielką ochotę się na mnie rzucić gdyby nie to, że zadziałałem odruchowo i użyłem mocy. Tej gorszej, tej, w której postać zwija się z bólu. Pisk, skowyt i zgrzytanie zębów. Zobaczyłem w mroku, w dali, kilka innych osobników tego samego gatunku. Przyglądały się mi. Niestety musiałem w końcu przerwać znęcanie się nad nim gdyż moc "wyciągała" ze mnie straszne ilości energii. Nie mogę pozwolić sobie na bycie osłabionym. Bycie na przegranej pozycji. Pokraka uciekła, a wraz z nią stado. Zostałem sam i ruszyłem dalej. Niestety nie dane mi było dalsze napawanie się samotnością gdyż moje, wrażliwe na dosłownie wszytko, uszy wychwycił szmer z zagajnika przede mną. Aż sam się dziwiłem, że w przeciągu tak krótkiego czasu może mnie tu tak dużo spotkać. Poprzeczka idzie w górę. Stąpałem powoli po wilgotnym gruncie. Z nieba zaczął sączyć się drobniutki, przyjemny deszcz. W pewnym momencie, kilkanaście kroków przed sobą, ujrzałem zarys sylwetki konia. Podchodząc z uniesioną głową i dumnym krokiem miałem wrażenie, że moje oczy aż się żarzyły. Siwa, w podeszłym wieku klacz. Powiedziałbym, że w bardzo podeszłym wieku. Stanąłem przed samicą, która wbiła we mnie swoje intensywne, trochę wyblakłe spojrzenie tęczówek. Zaczęła coś szeptać sobie pod nosem, aż postanowiła się odezwać głośniej. Nie słyszałem jej jednak za dobrze. Gdy mówiła często się krztusiła i stawiała często pauzy, ale dwa zdania nie były dla mnie wyzwaniem co do zrozumienia ich sensu.
- Nie sądziłam, że spotka mnie to kiedyś- wymamrotała, nie spuszczając ze mnie wzroku- Że ujrzę ciebie znów- otworzyłem szerzej oczy. Co ona mogła o mnie wiedzieć? Pewnie coś zjadła i gada od rzeczy. Jak każdy starszy osobnik.
- King- słowo odbijało się echem w mojej głowie- Syn Caleva- ciągnęła dalej- Skazany. Nie sądziła, że dożyję zejścia duchów- powtarzała się.
Siwa klacz chciała ciągnąć dalej, ale ja nie miałem najmniejszej ochoty na przypominanie mi o przeszłości. O ojcu, rodzinie. Z poprzedniego życia tolerowałem tylko swoje imię. Czym prędzej użyłem swojej mocy, a że umysł staruszki był wyjątkowo słaby - złamała się. Padła bezwładnie na ziemię i już się nie ruszała. Cholera. Teraz trzeba zatrzeć jakoś ślady. Deszcz się nasilał co utrudniało mi widoczność. Zaciągnąłem siwą w zagajnik, ale i tu jej nie zostawię. Poszedłem samotnie kawałek dalej i wychodząc z zagajnika, który swoją drogą znajdował się na wzniesieniu, w dole ujrzałem rzekę, która teraz płynęła wyjątkowo żywo. Wróciłem po zwłoki i udałem się z nimi nad brzeg. Wrzuciłem ciało do wody, a nad moją głową usłyszałem w jednej chwili bezradny skrzek. Lecz nie byle jaki skrzek. Cudowne odgłosy moich przyjaciół. Jedynych przyjaciół. Czarne ptaki zatoczyły nade mną kilka kół po czym część usiadła na grubej gałęzi pobliskiego drzewa i skuliła się od szalejącego deszczu, a dwa usiadły na moim grzbiecie. Zarżałem cicho. A więc jednak. Postanowiły znów mi towarzyszyć. Z nimi będzie zapewne łatwiej.

~***~

Wielkimi krokami zbliżał się wieczór. Robiło się coraz ciemniej, a deszcz nie ustępował. Dodatkowo, wspomagając deszcz, zerwał się wiatr. Ptaki miały utrudnione warunki na swobodne latanie. Jeden z nich starał się przyspieszyć i wleciał do jakiegoś zagłębienia. Jaskinia? Udałem się za ptakiem. Ich mądre spojrzenia wystarczyły abym im zaufał. Wszedłem do skalnej wnęki. Nie zapowiadało się na poprawę warunków pogodowych. Jak trzeba będzie to tu zostanę. Krukom też przypasowała taka forma wypoczynku.
Szybko, za szybko jak dla mnie, księżyc wzbił się wysoko na czerwonym niebie. Przyznam, zdziwiło mnie to. Deszcz i wiatr się trochę uspokoiły, i miałem lepszy zasięg widoczności. Biały, pełny okrąg wydawał się nienaturalnie wielki, a niebo miało kolor krwi. Piękny kolor. Na polanie przed sobą ujrzałem kilka osobników. Członkowie stada? Może znajdę też tam duchy? Chociaż szczerze wątpię aby tubylcy tak szybko dopuścili do siebie nowe, lekko dziwne konie. A może to czas abym ja się tam bezczelnie podpiął? Do odważnych świat należy!


A więc niech zacznie się gra!

CDN

26.10.2017

Od Jagódki CD. Adamirenda

Skąd on wiedział? Jak...? - w mojej głowie krążyły te myśli przez cały czas. Jak to się stało? Wiedziałam, że miał doświadczenie, ale skąd on pochodził? Jak miał na imię? Kim jest, był? Kiedy go obserwowałam, przypomniała mi się przepowiednia o duchach... Przecież on mógł nim być. Wszyscy, których napotkam mogli nimi być.
- Kim jesteś? - nie odpuszczałam.
- Dowiesz się w swoim czasie. - uśmiechnął się koń. Westchnęłam. Jest uparty... I to bardzo. Lecz ja tak łatwo mu nie odpuszczę. Moim zadaniem jest chronienie naszego stada przed duchami, wojownikami... Czyli wrogami. Można tak powiedzieć...
- Uparty jesteś. - mruknęłam i stanęłam przed nim. - Powiedz, jak masz na imię. Więcej od Ciebie nie wymagam! - krzyknęłam, a moje oczy zaczęły świecić. Ogier się tylko zaśmiał.
- Ty też jesteś uparta... Nie odpuścisz mi tak łatwo. Jestem Adamirend. Odpowiedziałem Ci. Odejdź. - odpowiedział i zaczął galopować w stronę Bagien.
- Artefakty... O nie! - krzyknęłam i zaczęłam jak najszybciej lecieć do biblioteki. Musiałam jak najszybciej odnaleźć Wielką Księgę Upadłych Wojowników. To tam były wypisywane imiona i opis wyglądów wojowników, którzy zmarli i chcieli zemsty. Szybko dotarłam do biblioteki. Szukałam księgi, aż wreszcie...
- Jest. - szepnęłam i zaczęłam przeszukiwać księgę. Kiedy ją otworzyłam, wyleciały z niej nietoperze. Strony były puste... - I co ja teraz zrobię? - westchnęłam i zaczęłam myśleć, co mam zrobić dalej...
***
Zaczęłam szukać Adamirenda. Mógł być zwykłym włóczykijem, ale z drugiej strony... Mógł być duchem, który wrócił na Ziemię, aby odnaleźć wszystkie Artefakty. Dobra, chcą je odnaleźć, ale do czego będą im służyć?
- O, jest! - uśmiechnęłam się sprytnie i podleciałam do ogiera. Robiło się powoli ciemno. Księżyc nienaturalnie wielki oraz... Zmienił barwę. Nie zwracam na to uwagi. Muszę się teraz skupić na koniu, którego będę śledzić, choćby nie wiem co!

Adamirend?

Od Adamirenda do Jagódki

- Nareszcie, wolny... - zaśmiałem się. Me oczy zabłysły. Znów czułem swoje ciało. Znów byłem materialny. Nadeszła ta chwila. Muszę wykonać swą misję. Misje, która stała się dla mnie ważna właśnie teraz. Teraz, muszę się rozejrzeć po tutejszej Nivie... Zmieniła się moja ojczyzna. Wszyscy są dla mnie obcy... Nikt mnie nie zna, nie pamięta. Byłem zły, ale potrafiłem się opanować. Muszę znaleźć wszystkie Artefakty, a wtedy stanę się znów żywy i będę mógł dokonać zemsty! Lecz... Mogą mi przeszkodzić w tym konie z Nivy... Ech, będę mógł ukrywać swoje prawdziwe Ja. Muszę udawać zwykłego włóczykija wałęsającego się po świecie. Aż przypomniały mi się moje wszystkie chwile za życia, kiedy jeszcze byłem przywódcą jednego z wojsk... Uśmiechnąłem się. Już niedługo urządzę słodką wojnę... Znów poczuję ten smak... Smak, którego nie zawsze da się opisać. Przyznam, że trochę przestała mi się podobać Niva. Kiedyś była o wiele piękniejsza. Ogromne budowle, bramy obronne, miecze od najlepszych kowali... A teraz jest wszystko inne. Pewnie konie nie są przygotowane na wojnę, jaką kiedyś wyrządziłem. Zrobiłem swój pierwszy krok. Wreszcie... Zmysł dotyku. Wreszcie poczułem pod swoimi kopytami trawę.
- Muszę teraz kierować się... Do jakiegoś ogiera? Klaczy...? Już trochę zapomniałem jak wygląda Niva, tym bardziej, że wiele się tu zmieniło. Wziąłem głęboki wdech. Postanowiłem odwiedzić większość terenów. Między innymi rzekę Camino, Twierdzę Camino, Góry Smocze i... Resztę, którą później przedstawię. Zacząłem galopować w stronę rzeki Camino. Po chwili ujrzałem cień nad swoją głową. Był to... Pegaz? Klacz? Raczej tak. Spojrzałem w górę. Zgadłem. Rzeczywiście, była to klacz... Była piękna. Przyspieszyłem po czym dotarłem do swojego celu. Klacz szybko mnie dogoniła i zagrodziła mi drogę.
- Kim jesteś? Nie widziałam Cię nigdy tutaj... - zapytała podejrzliwie klacz, wyciągając po kryjomu potężny miecz. Była dobrze przygotowana, widać to.
- Nie ważne. - mruknąłem i spojrzałem w głębokie oczy klaczy. - Dobra samoobrona, lecz powinnaś dopracować kilka szczegółów. - dodałem i napiłem się wody, która była tuż obok mnie. W przeszłości często piłem wodę z Camino, którą bardzo kochałem, i w czasie wojen nigdy nie pozwalałem na zabrudzenie tej pięknej rzeki. Klacz była zdziwiona tym, że zauważyłem jej broń. Domyśliłem się, o czym teraz myśli. - Radziłbym Ci lepiej chować swoją broń. - zaśmiałem się i odszedłem w ciszy. Nie miałem ochoty teraz z kimś rozmawiać, tym bardziej, że miałem tylko jeden cel - odnaleźć wszystkie Artefakty. Klacz niestety, podążała za mną.
- Jak masz na imię? - zapytała a ja tylko się uśmiechnąłem.
- Dowiesz się w swoim czasie. - odpowiedziałem. Miałem na myśli "Na wojnie" która się niedługo odbędzie. Przynajmniej tak sądzę.

Jagódka?

23.10.2017

Od Bandidy "Niepokojąca wizja"

Jak co dzień chodziłam po lasach. Cały czas jednak rozglądałam się dookoła... Coś było nie tak, lecz dalej nie mogłam rozszyfrować co. Niepokój okalał mnie że wszystkich stron. Wciągnęłam chrapami rześkie powietrze, zamykając przy tym oczy.
Świat stał się szarobury... Rozglądałam się. Nikogo nie było... Wszystko wyglądało tak jak było to opisane w księgach... W księgach dotyczących wydarzeń sprzed 100 lat... Nagle u mojego prawego boku ktoś się pojawił. Nie była to jak zwykle moja matka... Był to ktoś nieznajomy... Nie mogłam określić jego płci... Był to jakby duch. Lekko rozmywał się pod wpływem wiejącego wiatru, lecz za chwilę znów wracał do poprzedniej formy.
- To już dziś... - powiedział
- Hm? - popatrzyłam na konia stojącego obok.
- Dusze zmarłych...- rzekł i rozejrzał się, jakby ktoś miał go zaraz zaatakować.
Spojrzałam na niego z wyczekiwaniem. Wiedziałam, że nadchodzi moment, w którym dzieją się nienaturalne rzeczy, ale nigdy nie było to nic poważnego. Postanowiłam jednak nie lekceważyć śmiałka wkradającego się do moich myśli.
- Będą szukać zemsty. Ci z Góry. Lepiej się przygotujcie. To zacznie się tej nocy.- wypowiedział kilka krótkich zdań i zniknął wśród bladego światła. Nadal czułam jego obecność. Czułam chłód na lewym boku, niczym ocierającego się o mnie kota. A potem wszystko wróciło do normalności.
Świat znów przybrał jesienne barwy, a powietrze napełniło się wonią opadłych liści. Na swoim ciele czułam już tylko ciepło słońca, którego promienie przedzierały się przez rzadkie korony drzew.
- Co jest? - Hielo podbiegła do mnie
- Nic... Lecz w sumie to coś... Duchy z Góry będą dziś szukać zemsty za wybuch... - powiedziałam patrząc się w stronę gdzie, gdzieś za drzewami rozpościerały się szczątki tejże góry
- Nie dobrze - towarzyszka spojrzała w tą samą stronę
- Muszę poinformować resztę stada - wymamrotałam wyrwając się z zamyślenia i szybko strzepałam liście z grzbietu
Stałam jeszcze chwilę bez ruchu. Przeanalizowałam przekazane przez nieznajomą postać informacje... Nadal nie mogłam dojść do tego, że ktoś oprócz mojej *kaszelek* matki daje mi wizje.  Szybko jednak zebrałam myśli i popędziłam do Twierdzy zostawiając zdziwioną Hielo na środku lasu.
Wbiegłam na dziedziniec. Strażnicy popatrzyli na mnie zdziwieni.
- Gdzie jest Steel? - zapytałam patrząc na jednego z nich
- U siebie... A ty to... - nie zdążył dokończyć
- Wiem, wiem.... Jesteś nowy możemy się nie znać... Bandida... Wyrocznia... I włąśnie mam bardzo pilną wiadomość do Steel'a - powiedziałam ze zniecierpliwionym wzrokiem
Gniady ogier tylko skinął głową... Pognałam ile sił w nogach do komnaty Steel'a.
- Steel... - powiedziałam podbiegając do Dowódcy
- Co jest? - ogier spostrzegł mój lekko przerażony wyraz pyska
- Duchy...  Dusze zmarłych... Ci z Gór - słowa plątały mi sie... Język odmówił posłuszeństwa...
Nie wiedziałam co mi się działo... Przecież przed chwilą normalnie rozmawiałam z jednym z gwardzistów.
- Spokojnie... Uspokuj się - Steel popatrzył na mnie zdziwiony
Podeszłam do okna... Popatrzyłam w stronę gór... Nadal nie mogłam uwierzyć, że to dziś... Że takie coś ma mieć miejsce.
- To co z tymi duszami? - z zamyślenia wyrwał mnie ogier
- Chcą się zemścić... Pamiętasz jak 100 lat temu był wielki wybuch? Napewno ci mówili... Wtedy wiele osadzonych zginęło... Bogowie najwyraźniej nie zajęli się ich duszami i teraz chcą się zemścić - powiedziałam już trochę spokojniejsza
- Szykuje się wojna? - zapytał lekko zachrypniętym głosem
- Nie wiem jakie mają zamiary... Nie dostałam tej wizji od matki, więc... - popatrzyłam na niego
- Trudno to będzie określić... Musimy powiedzieć to reszcie stada...
- Wiedziałam, że będą się dziać nadnaturalne rzeczy... Ale, że aż takie... Boże.... Zderzenie wymiarów jest coraz bliżej... - przełknęłam głośno ślinę
Miałam ochotę zaszyć się jak najgłębiej w lesie... Lecz tam też mogą mnie znaleźć...
- Apokoalipsa jest bliska... Trzeba szukać jaskini... - Steel uprzedził moje słowa
Pokiwałam głową na "tak"... Ze stresu nic nie mogłam powiedzieć... To wszystko mnie przerastało...


(Steel cx?)