Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helecho. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helecho. Pokaż wszystkie posty

26.10.2017

Od Helecho cd. Od Cole'a

Wystarczyło, by słońce schowało się za horyzont, by ukazały się pierwsze sygnały. Coś było nie tak i wszyscy dobrze o tym wiedzieli. Na krwistoczerwone niebo wspinał się powoli nienaturalnie duży księżyc. Cała Niva okryła się złowieszczym, bladym blaskiem. Powietrze zdawało się być gęstsze, choć wcale nie odczuwało się duszności. Takie zjawiska, pojawiające się z dnia na dzień, nigdy nie są oznaką czegoś dobrego.
Szybkim kłusem przemierzałam leśną ścieżkę, wiodącą na równinne tereny w dole Camino. Gęstwina zazwyczaj mnie odprężała, dawała poczucie bezpieczeństwa. A teraz? Przedzierające się przez prawie nagie już korony drzew światło, nadawało temu miejscu atmosfery niczym z koszmarów. Każdy szelest, choćby najdrobniejszy szmer sprawiał, że zatrzymywałam się w bojowej gotowości. Dookoła mnie rozlegało się wycie. Czułam drapieżców wędrujących bezszelestnie wśród drzew. To wcale nie dodawało mi otuchy. Jednak wkrótce miałam się znaleźć wśród stada. W bezpiecznej grupie.

Gdy minęłam barierę lasu, moim oczom ukazało się kilka koni wpatrzonych w niebo. Mimowolnie spojrzałam tam, gdzie one. Księżyc zdawał się swoją objętością przytłaczać resztę ciał niebieskich. Wśród jego blasku prawie nie było widać gwiazd. Powoli zbliżyłam się do swoich pobratymców. Przywitali mnie skinieniami głowy, zachowując powagę, lecz wkrótce zasypali mnie setkami pytań. Rozpaczliwie poszukiwałam wzrokiem Bandidy lub chociaż Steel'a. Szczęśliwie Wyrocznia pojawiła się obok mnie. Nakazałam reszcie zachować spokój, natomiast my poszłyśmy na ubocze. Musiałam z nią porozmawiać.
-Wiesz coś o tym?- zapytałam z przestrachem w oczach.
Zauważyła mój niepokój i uśmiechnęła się blado. Starała się pokazać, że nie jest źle, ale ta sytuacja widocznie jej nie odpowiadała.
-To nie jest związane z przepowiednią - uspokoiła mnie.
-Ale..?- zapytałam.
-Duchy. Dusze, tych, którzy zginęli podczas wybuchu wulkanu sto lat temu. One tutaj powrócą. -wyszeptała, widząc, że reszta koni nam się przygląda.
Westchnęłam. Ciągle problemy. Nie dadzą nam chwili spokoju. Spojrzałam zaniepokojona na Bandidę. Nie raczyła się podzielić większą ilością informacji, więc postanowiłam dołączyć do reszty stada. Zastygli w atmosferze wyczekiwania. Stwierdziłam, że nie mam wyjścia i muszę wyjaśnić im co się tutaj dzieje. Z pomocą Wyroczni nakreśliłam im z grubsza naszą sytuację. Podniosły się ożywione szepty.
Chwilę później z lasu wyłonił się ogier, którego poznałam dziś rano. Spojrzałam na niego nieco zaskoczona. W duchu jednak cieszyłam się, że postanowił tutaj przyjść. Podszedł bliżej. Poprosił mnie o wyjaśnienie zaistniałem sytuacji.
-Cóż...- westchnęłam. -Nie jesteśmy niczego stuprocentowo pewni... Wiek temu, na terenach naszego stada, nastąpiła erupcja wulkanu. W jego miejscu znajdowała się Więzienna Góra. Osadzeni tam byli przestępcy o poważniejszych oskarżeniach. Wszyscy zginęli. Ktoś ostrzegł nas, że ich dusze powrócą dzisiaj na Nivę. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale jak widzimy, to na prawdę może się wydarzyć.
Cole słuchał mnie z zaciekawieniem. Analizował moje słowa. Nie zdążył się jednak odezwać, gdyż na polanie przed nami pojawił się oślepiający blask. Wydarzeniu temu towarzyszyły stłumione okrzyki członków stada. Zrobiłam krok w tył pod naporem tajemniczej energii. W promieniu kilku metrów od rzeczonego blasku rośliny zaczęły więdnąć, pozostawiając po sobie koło ziemi pokrytej martwą trawą. W samym jego środku stała jakaś postać. Blask zniknął, a oczy powoli przystosowywały się do powracającego mroku. Zanim to nastąpiło, koń zniknął wśród drzew, pozostawiając nas napełnionych niepokojem.

(Ktoś?)
No i druga połowa tygodnia, a event dopiero się zaczyna.
Chyba go nieco przedłużymy, żeby każdy coś napisał.

2.10.2017

Od Helecho cd. Od Cole'a

Gdy wisi nade mną widmo bezczynności, cieszy mnie każda możliwość opuszczenia kamiennych ścian warowni. Leczenie mojego skrzydła nadal trwa, gdyż postanowiono mi oszczędzić zabiegów magicznych. Nie mogę nigdzie polecieć, więc nie mogę patrolować terenów z powietrza. Zawsze pozostaje mi spacer.
Jako że poprzednią noc spędziłam w Camino, wyszłam o poranku na patrol okolic Mostu. Wdychałam chłodne powietrze, niosące zapach ziół i przepełnione wilgocią, z parującej rosy. Miękka ziemia tłumiła dźwięki kroków. Otaczające mnie wzgórza już na dobre zostały oświetlone przez wschodzące zza horyzontu słońce. Widok był iście czarujący, lecz nie wybrałam się na wycieczkę krajoznawczą, a patrol. Rozejrzałam się. Nic. Ciszę przerwał na chwilę śpiew wznoszącego się do nieba skowronka. Przyglądałam się przez chwilę ptakowi lecącemu na szaro-błękitnym tle. Westchnęłam cicho, po czym oderwałam wzrok od zwierzęcia i ruszyłam dalej. Bacznie obserwowałam pokrytą mgłą równinę. Wtedy dostrzegłam przed sobą odróżniający się na monotonnym tle kształt. Koń. Postanowiłam podejść bliżej.
Ostrożnie, w ciszy zbliżałam się do, jak już zauważyłam, nieznajomego. Mimo, że szedł w moją stronę, nie zdawał się zwracać na mnie uwagi. Zatrzymałam się. Pozwoliłam, aby się zbliżył. W końcu znalazł się w wystarczającej odległości, bym mogła mu się przyjrzeć. On wreszcie zdał sobie sprawę z mojej obecności i stanął w miejscu. Miałam przed sobą ogiera o jasnej maści, z nietypowymi elementami na szyi i pysku, które wydawały się być z lodu. Przez chwilę zastanawiałam się, co robić. Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
-Coś konkretnego ciebie tu sprowadza, czy mogę iść dalej?- zapytał.
I tu rozegrała się krótka, aczkolwiek wyjaśniająca kilka kwestii, rozmowa.
Jeśli mi pokażesz jak najszybciej wydostać się z waszych terenów, to je opuszczę i już mnie nie zobaczysz- uśmiechnął się obcy.
-Doprawdy?- zapytałam z kpiącym uśmieszkiem -Kusząca propozycja.
Spojrzał na mnie z wyczekiwaniem.
-A więc chodź za mną- westchnęłam.
-Nie pojmiesz mnie, nie weźmiesz na przesłuchanie?- zapytał, niby od niechcenia, gdy szliśmy wśród mgły.
-Nie- odparłam krótko.
-Nie będziesz wygłaszać, żadnych mów?
-Nie.
-Ciekawe...- mruknął.
-Rozumiem, że przechodziłeś już przez to, więc po co powtarzać innych?
Moje pytanie pozostało bez odpowiedzi. Tymczasem doszliśmy do Mostu. Poziom wody był wysoki i nie dawał warunków do przejścia na drugi brzeg.
-Cóż. Trochę u nas poczekasz.- mruknęłam obserwując taflę wody.

(Cole?)

Nie miałam pojęcia co pisać. Nie umiem prowadzić ich rozmowy ;-;

24.09.2017

Od Helecho "Bitwa"

Do odpływu zostało kilkanaście minut. Doskonale widzieliśmy wrogie wojsko. Na szczęście nie należało do tych wielkich, ale i tak stanowiło dla naszych sił godnego przeciwnika. Napięcie w obozie sięgało zenitu. Każdy miał już swoją broń i oczekiwał na walkę. Steel zadbał, by wojownicy ustawili się w formacji bojowej. Ja z Jagódką zajęłyśmy stanowiska trochę dalej, tak, aby nadal móc wygodnie ostrzeliwać wroga.
-Przydałoby się więcej łuczników -mruknęłam.- Nie przypuścimy tak salwy. Będziemy musiały eliminować przeciwników pojedynczo.
Skinęła głową, dając znać, że się ze mną zgadza.
-Nie przejmuj się jeżeli nie zabijesz. Ranny daleko nie zajdzie, a ktoś będzie musiał się nim zająć.- dodałam po chwili.
Uśmiechnęłam się w duchu, widząc jak skwapliwie przyjmuje moje rady do wiadomości. Chętnie zobaczę jak sobie radzi z łukiem. Steel nie dałby jej jednak pozycji łuczniczki, gdyby nie potrafiła się z nim porządnie obchodzić.
-Zostaniemy tu na cały czas bitwy?- zapytała.
-Aż nas nie wykryją. A w końcu to nastąpi. Zauważą skąd nadlatują strzały. Potem ja wzniosę się w powietrze. Ty zapewne także potrafisz oddawać strzały w locie.- spojrzałam na nią pytająco, a ona pokiwała głową.
-Ile czasu zostało?
-Hmm... Woda zaczyna się już cofać. Niewiele. Przygotujmy się.
Upewniłam się, że leży obok mnie zapasowy kołczan i założyłam cięciwę na łęczysko. Bez niej łuk to przecież tylko bezużyteczny patyk. Miałam również przypasaną skórzaną pochwę z nożem na wypadek bezpośredniego starcia. Oczywiście mogłam również skorzystać ze swoich mocy. Jagoda również popełniła wszelkie przygotowania. Nagle pojawił się obok niej srebrny łuk. Jego ostre ramiona z pewnością świetnie działały w charakterze ostrzy.
Na brzegu nastąpiło poruszenie. Zauważyłam, że poziom wody jest już dostatecznie niski, aby przejść po Moście. Steel stał na czele oddziału i ze spokojem obserwował horyzont. Zapewne czekał, aż pojawią się tam wrogie jednostki.
Cisza przed bitwą jest czymś niezwykłym. Słyszałam tylko oddech Jagody i bicie własnego serca. Ptaki ucichły czując, że coś jest nie tak. Po chwili do mych uszu doszły miarowe odgłosy kroków. Nie ustawały mimo, że przeciwnik znajdował się w naprawdę beznadziejnej sytuacji do ataku. Widocznie dowódcy byli słabymi strategami. Wojska ustawione w wąskich szeregach ruszają na pewną śmierć. To nie będzie bitwa na otwartym polu. Ale... Mogą mieć jakiegoś asa w rękawie.
Moje rozmyślania przerwał okrzyk nadciągających Wyrzutków. Ruszyli galopem do ataku, widocznie mając nadzieję, że samą siłą natarcia zdołają zmusić swojego przeciwnika do cofnięcia się.
Dałam Jagódce znak i razem wypuściłyśmy trzy strzały jedna po drugiej. Ona celowała w pierwszy rząd, ja w drugi. Upadło cztery z sześciu celi. Jeden biegł dalej, nie zważając na strzałę wbitą w bok. Niestety jeden pocisk nie trafił w cel. Westchnęłam, ale zakładałam już kolejny na cięciwę.
Łuki ponownie zagrały swoją złowróżbną pieśń, a sześć pierzastych pocisków wyruszyło w podróż do celu. Trafiło.
Tymczasem na pole bitwy dotarły wszystkie jednostki wroga. Udało im się przedrzeć i teraz walka toczyła się na otwartym polu. Wojownicy radzili sobie nieźle, ale także ponosili straty.
Po kolejnym naszym ataku, w którego skutku śmierć poniosła piątka Wyrzutków z ostatnich szeregów, dostrzegli nas ich towarzysze. Ruszyło ku nam kilku wrogich wojowników.
-Czas lecieć.- stwierdziłam, a Jagoda bez słowa wzniosła się w powietrze.
Podążyłam za nią i rozejrzałam się.
-Rozdzielimy się.- stwierdziłam i zanurkowałam.
Wznosiłam się kilka metrów na d walczącymi i pomagałam naszym strzelając do wrogów. Dołączył do mnie na chwilę Mal, który z pomocą swoich powietrznych mocy rozprawiał się z przeciwnikami.
-Jak idzie?- zapytał w chwili między kolejnymi atakami.
-Nie najgorzej.- przyznałam z zawadiackim uśmiechem i posłałam strzałę w pierś wroga.
-Miło czasem wyładować się na agresywnych Wyrzutkach.- usłyszeliśmy pod sobą, gdzie Ceniza użyła pożogi, by zrobić z wroga żywą pochodnię.
-Ups.- dodała.
-I wy macie czas na pogawędki?- zapytała kpiąco Steel, gdy otoczył płonącego ogiera ścianą lodu.
-Sam się do nich dołączyłeś.- prychnęłam.
-Który z nich to przywódca?- zapytała Ceniza.
Wniosłam się wyżej i zaczęłam go szukać. Jeżeli to Jeta, powinnam go rozpoznać. Po kilku minutach zauważyłam masywnego, siwego ogiera, który walczył właśnie z jednym ze strażników. Poznałam go po obszernej bliźnie nad lewą łopatką. Wymierzyłam. Cięciwa zadrgała, a strzałą popędziła w stronę Wyrzutka. Dostrzegł ją. Stworzył tarczę z pola siłowego i odbił pierzasty pocisk. Obserwowałam go, będąc ciągle w ruchu. Nie doceniłam jednak jego towarzyszy. Poczułam nagle przenikliwy ból w mięśniach skrzydła. Spojrzałam w jego stronę i zauważyłam oszczep. Nie mogłam poruszać pechowym skrzydłem, więc spadłam z krzykiem. Z rany sączyła się krew. Mal zdążył jednak zareagować. Podmuchem wiatru oddalił mnie od walczących, a sama stworzyłam z roślin siatkę, na którą spadłam.
Szpieg wylądował obok mnie.
-Nic ci nie jest?- zapytał mimochodem.
-Głupie pytanie.- stwierdziłam skrzywiona z bólu.- Wyciągnij to ze mnie!
-Jeżeli to wyciągnę, buchnie krew.
-Wiem. Dam sobie radę!- krzyczałam, by dać upust emocjom i cierpieniu.
Mal powoli wysuwał oszczep, po czym szybkim, gwałtownym ruchem go wyciągnął. Błyskawicznie stworzyłam z roślin prowizoryczny opatrunek.
-Uciekaj do Camino.- nakazał mi Mal.
-Nie. Nie, nie, nie! Muszę iść walczyć. Mam jeszcze nóż. Albo będę strzelać stąd do wrogów.- zapewniłam.
Buzowała we mnie adrenalina. Pobudzenie sprawiało, że ból stawał się jakby odległy.
-Wiesz, że nie mogę ci na to pozwolić.- powiedział do mnie łagodnie szpieg.
-Ale musisz. To rozkaz.- warknęłam. -Idź walczyć, a ja postaram się wam pomóc.
Posłuchał mnie z ociąganiem. Odleciał. Obejrzałam opatrunek z roślinnych włókien nasączonych krwią.
-Nie dam rady się teraz skupić. Nie wymierzę i jeszcze trafię naszego.- mruczałam do siebie.
Tymczasem walka trwałą w najlepsze, a siły Wyrzutków widocznie się kurczyły...

Wasza kolej c:

19.09.2017

Od Helecho cd. Od Bandidy

Klacz streściła mi swoją wizję, a przynajmniej słowa, które usłyszała. Znów zaczęłam nerwowo krążyć po całej sali.
-Jaskinia... Na Nivie jest mnóstwo jaskiń. A jeśli to przenośnia?- zapytałam ni to siebie, ni to Wyroczni.
-Czego przenośnią może być jaskinia?- mruknęła w odpowiedzi.
-Nie wiem!- Zatrzymałam się. -To bogowie. Wszystko może być przenośnią.
-Ale uznajmy, że mowa o prawdziwej jaskini. O naturalnej, realnej grocie.
-Takich na wyspie jest dziesiątki. W Górach Smoczych, krasowe jaskinie na południu, a i inne się znajdą.
-Ale szukamy Źródła. Magicznego miejsca, którego moc umożliwi nam powrót, w razie przeniesienia się do upadłego wymiaru.- przypomniała mi Bandida.
-Tak, tak. A co jeżeli to miejsce znajduje się na kontynencie?- zaczęłam myśleć gorączkowo.
-Nie wiemy gdzie jest. I w tym problem. Nie pojawiają się, żadne znaki, że zderzenie nadejdzie wkrótce. Mamy czas.
-Ale ile tego czasu nam pozostało?- spojrzałam jej poważnie w oczy.
Mogła być Wyrocznią, córką bogini mądrości, ale nawet on nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.
-Mamy czas...-powtórzyłam szeptem, mechanicznie.
Spoglądałam na krainę przeciętą wstęgą rzeki. Stałam przy oknie wychodzącym na wschód.
-Nic teraz nie zrobimy.- powiedziała Bandida podchodząc do mnie.
-Nie mogę ogłosić poszukiwań jakiejś mistycznej jamy. Nie mogę ujawnić jakie niebezpieczeństwo nadchodzi.- szeptałam nadal wpatrzona w dolinę Camino.
-Musisz.- rzekła stanowczo moja zastępczyni.- Oni i tak się dowiedzą. Lepiej, żeby byli przygotowani.
Zamilkłam, by zastanowić się nad jej słowami. Potok myśli napłynął do mojej głowy i nie chciał dać spokoju. Przez panujący tam chaos przebijały się pojedyncze słowa, tworzące złowrogą mozaikę lęków. Zagłada. Śmierć. Upadek... Czemu na mnie trafiło? Czemu to ja będę musiała prowadzić stado podczas tej straszliwej bitwy o przetrwanie. I znowu przypomniałam sobie o ojcu...
-Masz rację.- stwierdziłam. -Niech wiedzą. Niech się przygotują.

16.09.2017

Od Helecho

Stałam na półce skalnej, gdzieś pośród szczytów Gór Smoczych. Przed sobą miałam dolinę rzeki Camino, którą oświetlały promienie zachodzącego słońca. Gdzieś tam, poniżej, znajdowało się moje stado. Przyleciałam tu by pomyśleć. Jak zwykle gdy dopada mnie melancholia, a nie mam nic do roboty. Po mojej lewej wznosiła się twierdza ukryta wśród grani. Wrócę tam, gdy zapadnie zmierzch.
Myślałam o ostatnich wydarzeniach. Poczułam ukłucie w sercu, gdy moje myśli zawędrowały do najboleśniejszego wspomnienia. Odnalezienia ojca. Gdzieś tam poniżej. W dolinie. Całego zakrwawionego z zamglonymi oczami. Przed śmiercią zdążył wypowiedzieć tylko jedno słowo. Zdrajca.
Cofnęłam się. Poczułam za sobą czyjąś obecności. Odwróciłam głowę. Zobaczyłam klacz stojącą na krawędzi półki skalnej, wpatrującą się we mnie spokojnym wzrokiem.
-Ach, to ty...- westchnęłam, rozpoznając w niej Bandidę.
-Tak. Wybacz, że przerywam ci żałobę, ale ktoś chce się z nami spotkać.
-Znowu czytałaś mi w myślach?
-Owszem. Mam nadzieję, że cię tym nie uraziłam.- odparła jak zawsze szczerze.
-Nie. Gdzie jest ten... ktoś?- zapytałam.
-W twierdzy.- odpowiedziała i zniknęła w blasku światła, aby pojawić się na dziedzińcu zamku.
To jak się tam znalazła zdradzał jedynie lekki świetlny ślad, który pozostawiła na swojej drodze. Ja wzniosłam się w powietrze i skierowałam tam gdzie ona. Wylądowałam na bruku z głośnym stukotem, który zwrócił uwagę strażników. Skinęłam do nich głową, a oni odpowiedzieli tym samym gestem. Ruszyłam do sali reprezentacyjnej. Stała tam już Wyrocznia w towarzystwie jasnego ogiera emanującego nieziemskim światłem. Ukłoniłam się przed nim, rozpoznając boga Jairo.
-Jakie wieści przynosisz?- zapytałam, podchodząc.
-Nie najlepsze.- westchnął.
Zaniepokoił mnie jego smutek. Poruszyłam się nerwowo.
-Co masz na myśli?
-Znasz przepowiednię o zderzeniu wymiarów?- zapytał.
-Jasne. Jak każdy. Ale to tylko bajka, nieprawdaż?
-Boskie przepowiednie rzadko bywają bajkami.- prychnął.
Skinęłam głową zmieszana.
-Ale wracając do przepowiedni...- powiedziała z naciskiem Bandida.
Bóg spojrzał na nią zaskoczony, a potem przytaknął.
-Ona jest jak najbardziej prawdziwa. I niedługo ma się spełnić. Nikt nie może określić jak szybko to nastąpi, ale kataklizm nadejdzie.
-Kataklizm? Co to dla nas oznacza?- zapytałam.
-Światy się wymieszają. Istoty z innego wymiaru pojawią się tutaj. Obawiam się jednak, że nie będą one do was przyjaźnie nastawione. Wymiar, który zmierza w kierunku naszego to jeden z Upadłych.
Zdziwiły mnie jego słowa. Nigdy nie słyszałam określenia "Upadłego wymiaru".
Bandida pośpieszyła z wyjaśnieniem, widząc moją minę.
-Życie tam upadło, przekształciło się. Stworzenia straciły rozum, rządzą nimi instynkty i pragnienie krwi. To coś innego niż demony, nieumarli. Coś niebezpieczniejszego.
-Dokładnie -zgodził się z nią Jairo.- Ponadto niektórzy mieszkańcy tego wymiaru, zostaną przeniesieni to Upadłego. Będą musieli odnaleźć Źródło, portal, bo inaczej nie wydostaną się nigdy. Przygotujcie się na to.
Wypowiedziawszy te słowa, wyszedł na dziedziniec. Pobiegłam za nim, by go zatrzymać.
-Ale musisz nam jeszcze tyle wyjaśnić! Zaczekaj!- krzyczałam, lecz bóg uniósł się błyskawicznie w przestworza.
Stałam, wpatrując się w niebo. Myślałam gorączkowo. W końcu wzniosłam się w powietrze, by dać upust emocjom.
-Bogowie...- prychnęłam.- Zawsze tajemniczy...